Moved. Link jak sobie 'wyremontuję'. :3
Edit;
a-la-quinta-forca.blogspot.com
Właściwie, tematyka będzie ta sama. FF Gone. Tyle, że od nowa :C
Blog Zawieszon, Koty.
-Varough.
piątek, 7 marca 2014
wtorek, 25 lutego 2014
Rozdział III
Podniosłam wzrok znad psiej sierści i spojrzałam na zachód słońca ponad dachami budynków. Teraz nawet on mnie przygnębiał. Wszystko mnie przygnębiało. Nawet dzieci, z których jedne się nawzajem pocieszały, drugie chlipały po kątach, a trzecie postanowiły korzystać z uroków życia bez dorosłych. Biegały, śmiały się, rzucały w siebie rolki papieru. Niektóre dzieciaki powybijały szyby w oknach mieszkań i sklepów. Nawet teraz, wodząc wzrokiem po ulicy widziałam, jak niektóre z nich wynoszą ze sklepu naręcza słodyczy. Po prostu robiły, co chciały. Nie było już dorosłego, który im tego zabroni. Robią co chcą, biorą co chcą. Zastanawiało mnie, ile jeszcze czasu minie, zanim ja także będę biegać do sklepu, biorąc, co mi się podoba.
Popatrzyłam na sklep z narzędziami. A przynajmniej nim był, zanim pozostały z niego tylko dymiące zgliszcza. Kiedy tu przyszłam był już spalony, a na chodniku leżała dziewczynka. Ktoś okrył ją kocem, ale na tym skończyło się zainteresowanie jej osobą. Miałam wątpliwości, czy jeszcze żyje. Jeśli nie, to chyba nikt nie postara się o grób dla niej. Z płonącego budynku wyciągnął ją niejaki Sam Temple. Nie znałam go. To nie dziwne, zważając na to, że jestem tu od wczoraj. Usłyszałam, jak dzieciaki nazywają go 'Samem Autobusem'. Nie zorientowałam się do tej pory, w czym rzecz. Chodził do okolicznej szkoły. Nie do niej zapisał mnie ojciec. Ja miałam chodzić do Coates Academy. Była to modna szkoła, ale nie podobało mi się, że to właśnie do niej pójdę. Może dlatego, że chodziły do niej dzieci z bogatych rodzin, sprawiające problemy, bądź których rodzice chcieli się pozbyć. Miałam żal do ojca, że posyła mnie do takiej szkoły. Machnął tylko ręką i powiedział, że to przecież szkoła jak każda inna. Byłam prawie pewna, że jego reakcja byłaby inna, gdyby była przy nim matka. Może i jak każda inna, tyle, że z internatem. Do tego z resztą też przywykłam.W wieku dziesięciu lat poszłam już do szkoły z internatem i choć mi się tam niezbyt podobało, ojciec był zadowolony taką zmianą. Można by powiedzieć, że nigdy nie byłam w stanie tego ogarnąć.
-Hej? -pytający głos przywołał mnie do rzeczywistości. Należał do dziewczyny, z którą się spotkałam zaraz po tym, jak ledwie uniknęłam śmierci -Jak się nazywasz?
-Alex Jefferson -odpowiedziałam.
-Mam na imię Hannah. Hannah Gacy -powiedziała, po czym oparła się o ścianę budynku, na którym oparte były także moje plecy. -I jak, dowiedziałaś się czegoś od naszego ostatniego spotkania?
Z zaskoczeniem obróciłam głowę.
-Oprócz tego, że zapanowało totalne szaleństwo? Chyba nawet nie chcę. -odpowiedziałam, zamykając na moment oczy. Przed oczyma stanął mi tamten świat z dorosłymi. Tamten świat. Czy od tej pory w mojej głowie anomalia Perdido Beach tak właśnie będzie się nazywać? Tamten świat.
-Pewnie masz rację. -powiedziała Hannah po czym razem ze mną wgapiła się w zachód słońca. Na jakiś czas zapadło milczenie. Wreszcie po niecałych piętnastu minutach zerwałam się z miejsca i przywołałam do siebie Setha.
-Dokąd idziesz? -spytała Hannah.
-Do domu. -westchnęłam, już idąc w stronę mojego miejsca zamieszkania.
-Jeżeli istnieje jeszcze jakieś miejsce na ziemi, które mogłabyś nazwać swoim domem. -rzuciła Hannah. Przez moment stałam, trawiąc jej słowa. Mój dom. Mój dom, w którym nie było ojca.
Spojrzałam na ławkę, na której wcześniej siedział Sam Temple, jakby tam szukając pomocy. Chłopak właśnie oddalał się z jakimś innym chłopcem w różowym sweterku oraz z dziewczyną. Astrid. Genialna Astrid -tak ją nazywały dzieciaki. Astrid prowadziła za rękę chłopca. Wyglądał na plus minus cztery lata i nawet nie zwracał uwagi na siostrę. Był zajęty grą, którą trzymał w ręce. W tej scenie było coś dziwnego. Zupełnie, jakby chłopiec nie widział świata poza grą.
To nie moja sprawa, stwierdziłam w duchu i ruszyłam w stronę domu. No dobra, budynku, który moim domem niegdyś był.
Sporą część drogi do domu pokonałam sama, ale i tak od czasu do czasu Seth pomagał mi wybrać odpowiednią uliczkę. Przez głowę przemknęła mi myśl, że zgubiłabym się bez niego nawet w takim małym mieście.
Otworzyłam drzwi i weszłam do domu. Spuściłam Setha z smyczy, który podreptał w stronę kuchni, gdzie pod kuchenką ułożył się do snu. Pogłaskałam go po karku.
-Męczący dzień, co? -wymruczałam. Pod moim dotykiem pies zamknął oczy i błyskawicznie zasnął.
Zwinnie skoczyłam na górę, do swojego pokoju. Rozejrzałam się. Naprzeciw drzwi było okno. Bo jego prawej stronie w poprzek ściany stało łóżko, a po lewej zagracone biurko. Koło mnie stała szafa z ubraniami. Skoczyłam do niej i skompletowałam sobie nowy strój. Ten, który miałam na sobie był przesiąknięty smrodem spalenizny, powszechnym na placu ze względu na niedawny pożar. Ponownie zeszłam na dół i weszłam do łazienki. Rozebrałam się i zwinęłam ubrania w kulkę, którą wrzuciłam bezpośrednio do pralki.
Weszłam do kabiny i nastawiłam prysznic. Przez dziesięć minut pozwalałam, aby gorąca woda chłostała mi plecy. Potem wyszczotkowałam się i umyłam włosy. Spłukałam pianę i wyszłam z kabiny, ociekając wodą. Założyłam miękki szlafrok i przeszłam do salonu, nie zwracając uwagi na skapujące z moich włosów krople wody.
Sięgnęłam po pilota i włączyłam telewizor, ale na ekranie wyświetliły się zakłócenia. Przez moment skakałam po kanałach, a potem sprawdziłam programy, które były dostępne bez kabla. Nie działały, czyli można było powiedzieć, że telewizję diabli wzięli. Pięknie.
Weszłam po schodach na piętro skacząc po 3 stopnie i wpadłam do swojego pokoju. Chwyciłam laptopa i najechałam kursorem na ikonkę Mozilli Firefox.
Brak połączenia. Po odświeżeniu to samo.
A więc internetu też nie ma.
Zeszłam ze schodów -tym razem powoli- i weszłam do łazienki. Wskoczyłam w ciuchy, które wcześniej przygotowałam, czyli dżinsy, jakiś pomięty T-shirt, który wydał mi się czysty i czarna, zapinana bluza.
Zapinając suwak bluzy, usłyszałam pukanie do drzwi. Kiedy wyszłam z łazienki, Seth już stał przy drzwiach frontowych, poszczekując.
-No już, spokój, piesku -powiedziałam do owczarka, który od razu umilkł.
Otworzyłam drzwi.
Na progu stała Hannah.
-Hej. -powiedziała, siląc się na nonszalancję.
-Skąd wiesz, gdzie mieszkam? -spytałam, opierając się o framugę drzwi.
-Nie będziesz zła, jeśli powiem, że cię śledziłam? -uśmiechnęła się przepraszająco. Wydawało się, że było jej głupio.
-Do domu weszłam jakieś pół godziny temu -zauważyłam- co robiłaś w tym czasie?
-Yyy... -wyraźnie nie wiedziała, jak ugryźć to pytanie- pakowałam się ...- znów przepraszający uśmiech. Dopiero teraz ujrzałam walizkę, którą wyraźnie chowała za sobą.
Wyprostowałam się i jakieś trzy minuty zastanawiałam się, czy ta dziewczyna nie zwariowała.
Tak, tym razem trochę dłuższy rozdział. Teraz mniej-więcej tak będzie to wyglądało. Staram się pisać trochę dłużej. Aha, i mam nadzieję że nie zanudzam was. Jeśli jednak, zapewniam, że potem nadrobię wszystko nieco większą ilością dynamiki.
Czy ktoś to czyta?
Pozdrawiam.
Popatrzyłam na sklep z narzędziami. A przynajmniej nim był, zanim pozostały z niego tylko dymiące zgliszcza. Kiedy tu przyszłam był już spalony, a na chodniku leżała dziewczynka. Ktoś okrył ją kocem, ale na tym skończyło się zainteresowanie jej osobą. Miałam wątpliwości, czy jeszcze żyje. Jeśli nie, to chyba nikt nie postara się o grób dla niej. Z płonącego budynku wyciągnął ją niejaki Sam Temple. Nie znałam go. To nie dziwne, zważając na to, że jestem tu od wczoraj. Usłyszałam, jak dzieciaki nazywają go 'Samem Autobusem'. Nie zorientowałam się do tej pory, w czym rzecz. Chodził do okolicznej szkoły. Nie do niej zapisał mnie ojciec. Ja miałam chodzić do Coates Academy. Była to modna szkoła, ale nie podobało mi się, że to właśnie do niej pójdę. Może dlatego, że chodziły do niej dzieci z bogatych rodzin, sprawiające problemy, bądź których rodzice chcieli się pozbyć. Miałam żal do ojca, że posyła mnie do takiej szkoły. Machnął tylko ręką i powiedział, że to przecież szkoła jak każda inna. Byłam prawie pewna, że jego reakcja byłaby inna, gdyby była przy nim matka. Może i jak każda inna, tyle, że z internatem. Do tego z resztą też przywykłam.W wieku dziesięciu lat poszłam już do szkoły z internatem i choć mi się tam niezbyt podobało, ojciec był zadowolony taką zmianą. Można by powiedzieć, że nigdy nie byłam w stanie tego ogarnąć.
-Hej? -pytający głos przywołał mnie do rzeczywistości. Należał do dziewczyny, z którą się spotkałam zaraz po tym, jak ledwie uniknęłam śmierci -Jak się nazywasz?
-Alex Jefferson -odpowiedziałam.
-Mam na imię Hannah. Hannah Gacy -powiedziała, po czym oparła się o ścianę budynku, na którym oparte były także moje plecy. -I jak, dowiedziałaś się czegoś od naszego ostatniego spotkania?
Z zaskoczeniem obróciłam głowę.
-Oprócz tego, że zapanowało totalne szaleństwo? Chyba nawet nie chcę. -odpowiedziałam, zamykając na moment oczy. Przed oczyma stanął mi tamten świat z dorosłymi. Tamten świat. Czy od tej pory w mojej głowie anomalia Perdido Beach tak właśnie będzie się nazywać? Tamten świat.
-Pewnie masz rację. -powiedziała Hannah po czym razem ze mną wgapiła się w zachód słońca. Na jakiś czas zapadło milczenie. Wreszcie po niecałych piętnastu minutach zerwałam się z miejsca i przywołałam do siebie Setha.
-Dokąd idziesz? -spytała Hannah.
-Do domu. -westchnęłam, już idąc w stronę mojego miejsca zamieszkania.
-Jeżeli istnieje jeszcze jakieś miejsce na ziemi, które mogłabyś nazwać swoim domem. -rzuciła Hannah. Przez moment stałam, trawiąc jej słowa. Mój dom. Mój dom, w którym nie było ojca.
Spojrzałam na ławkę, na której wcześniej siedział Sam Temple, jakby tam szukając pomocy. Chłopak właśnie oddalał się z jakimś innym chłopcem w różowym sweterku oraz z dziewczyną. Astrid. Genialna Astrid -tak ją nazywały dzieciaki. Astrid prowadziła za rękę chłopca. Wyglądał na plus minus cztery lata i nawet nie zwracał uwagi na siostrę. Był zajęty grą, którą trzymał w ręce. W tej scenie było coś dziwnego. Zupełnie, jakby chłopiec nie widział świata poza grą.
To nie moja sprawa, stwierdziłam w duchu i ruszyłam w stronę domu. No dobra, budynku, który moim domem niegdyś był.
Sporą część drogi do domu pokonałam sama, ale i tak od czasu do czasu Seth pomagał mi wybrać odpowiednią uliczkę. Przez głowę przemknęła mi myśl, że zgubiłabym się bez niego nawet w takim małym mieście.
Otworzyłam drzwi i weszłam do domu. Spuściłam Setha z smyczy, który podreptał w stronę kuchni, gdzie pod kuchenką ułożył się do snu. Pogłaskałam go po karku.
-Męczący dzień, co? -wymruczałam. Pod moim dotykiem pies zamknął oczy i błyskawicznie zasnął.
Zwinnie skoczyłam na górę, do swojego pokoju. Rozejrzałam się. Naprzeciw drzwi było okno. Bo jego prawej stronie w poprzek ściany stało łóżko, a po lewej zagracone biurko. Koło mnie stała szafa z ubraniami. Skoczyłam do niej i skompletowałam sobie nowy strój. Ten, który miałam na sobie był przesiąknięty smrodem spalenizny, powszechnym na placu ze względu na niedawny pożar. Ponownie zeszłam na dół i weszłam do łazienki. Rozebrałam się i zwinęłam ubrania w kulkę, którą wrzuciłam bezpośrednio do pralki.
Weszłam do kabiny i nastawiłam prysznic. Przez dziesięć minut pozwalałam, aby gorąca woda chłostała mi plecy. Potem wyszczotkowałam się i umyłam włosy. Spłukałam pianę i wyszłam z kabiny, ociekając wodą. Założyłam miękki szlafrok i przeszłam do salonu, nie zwracając uwagi na skapujące z moich włosów krople wody.
Sięgnęłam po pilota i włączyłam telewizor, ale na ekranie wyświetliły się zakłócenia. Przez moment skakałam po kanałach, a potem sprawdziłam programy, które były dostępne bez kabla. Nie działały, czyli można było powiedzieć, że telewizję diabli wzięli. Pięknie.
Weszłam po schodach na piętro skacząc po 3 stopnie i wpadłam do swojego pokoju. Chwyciłam laptopa i najechałam kursorem na ikonkę Mozilli Firefox.
Brak połączenia. Po odświeżeniu to samo.
A więc internetu też nie ma.
Zeszłam ze schodów -tym razem powoli- i weszłam do łazienki. Wskoczyłam w ciuchy, które wcześniej przygotowałam, czyli dżinsy, jakiś pomięty T-shirt, który wydał mi się czysty i czarna, zapinana bluza.
Zapinając suwak bluzy, usłyszałam pukanie do drzwi. Kiedy wyszłam z łazienki, Seth już stał przy drzwiach frontowych, poszczekując.
-No już, spokój, piesku -powiedziałam do owczarka, który od razu umilkł.
Otworzyłam drzwi.
Na progu stała Hannah.
-Hej. -powiedziała, siląc się na nonszalancję.
-Skąd wiesz, gdzie mieszkam? -spytałam, opierając się o framugę drzwi.
-Nie będziesz zła, jeśli powiem, że cię śledziłam? -uśmiechnęła się przepraszająco. Wydawało się, że było jej głupio.
-Do domu weszłam jakieś pół godziny temu -zauważyłam- co robiłaś w tym czasie?
-Yyy... -wyraźnie nie wiedziała, jak ugryźć to pytanie- pakowałam się ...- znów przepraszający uśmiech. Dopiero teraz ujrzałam walizkę, którą wyraźnie chowała za sobą.
Wyprostowałam się i jakieś trzy minuty zastanawiałam się, czy ta dziewczyna nie zwariowała.
Tak, tym razem trochę dłuższy rozdział. Teraz mniej-więcej tak będzie to wyglądało. Staram się pisać trochę dłużej. Aha, i mam nadzieję że nie zanudzam was. Jeśli jednak, zapewniam, że potem nadrobię wszystko nieco większą ilością dynamiki.
Czy ktoś to czyta?
Pozdrawiam.
poniedziałek, 17 lutego 2014
Rozdział II cz.2
Wpatrywałam się w tir, którego silnik ciągle pracował. Oczekiwałam okrzyków bólu, ale odezwała się tylko cisza. Nie wiem, ile czasu tak stałam. Nie mogłam otrząsnąć się z myśli, że wystarczyła sekunda opóźnienia, a byłoby po mnie. Odwróciłam się i ujrzałam spacerującą dziewczynę. Miała słuchawki w uszach i niosła iPoda.
-Hej! -zawołała do mnie, wyjmując z uszu jedną z słuchawek -Co się stało?
W niemej odpowiedzi wskazałam na tir, niezdolna wydobyć z siebie głosu. Nieznajoma spojrzała we wskazanym kierunku.
-Nie o to chodzi. Co z dorosłymi? -zdziwił mnie jej ton. Zabrakło tylko, aby machnęła ręką i powiedziała 'e tam. Normalka. Zaledwie tir wbity w dom z działającym silnikiem'. Zmrużyłam oczy.
-Jak będziesz lepiej poinformowana niż teraz to powiedz-mówiąc to, zniknęła w najbliższej uliczce.
Jakby dopiero teraz zyskując świadomość, wyciągnęłam komórkę. Nie wiedziałam, po co zadzwonić. Pogotowie czy policja? Policja czy pogotowie? W końcu zdecydowałam się na telefon do policji.
Poczta głosowa. Drugi raz to samo. I trzeci. Czwarty także. Aż do trzynastego.
Na ogół rzadko wszystkie linie na policji były zajęte. Co z dorosłymi?.
Uwierzyłabym, gdyby kierowca tira mnie nie zobaczył. Ale nie chciałam przyjąć do wiadomości faktu, że nie zobaczył domu.
Nie chciałam już sprawdzać, co się stało z kierowcą. Jakaś część mnie już wiedziała.
Kierowca po prostu zniknął.
Jak inaczej dało się wytłumaczyć brak jakichkolwiek dorosłych? Przecież w normalnej sytuacji wokoło tira stałaby już chmara gapiów, prawda?
-Seth? Biegniemy do domu -specjalnie użyłam słowa 'biegniemy'. Mimo, że trochę się spodziewałam, co ujrzę, chciałam prędko to sprawdzić. A raczej to, czego nie ujrzę.
Owczarek powęszył chwilę a potem ruszył w stronę domu. Droga nie wydawała mi się znajoma i trochę bałam się, czy pies naprawdę doprowadzi nas do celu. Po drodze mijaliśmy tyle dymiących samochodów powbijanych w domy, aż w końcu przestałam się wahać co do mojego wyboru o opuszczeniu miejsca wypadku. Kiedy zza rogu wynurzył się ponury budynek będący naszym domem było mi głupio, że zwątpiłam w Setha.
Wpadłam do domu, nawet nie dbając o zamknięcie drzwi. Wzięłam kilka głębokich wdechów i zajrzałam do salonu. małymi krokami zbliżyłam się do kanapy, z której kapała nadal gorąca kawa. Rytmiczne dudnienie kropel o podłogę, na której walały się fragmenty porcelanowej filiżanki. Uklękłam i popatrzyłam na psa, który wśliznął mi się pod ramię i wzrokiem żądał swojej porcji Pedigree. Wstałam i wsypałam mu w miskę tyle karmy, że wysypała się poza naczynie. Potem powędrowałam na górę, weszłam do mojego pokoju. oparłam się o ścianę i skuliłam. Nie wiem kiedy, ale udało mi się zasnąć.
Kiedy wstałam, za oknem usłyszałam hałas. Wyjrzałam przez nie i ujrzałam ponury i milczący tłum. Przez moment wydawał mi się bardzo dziwny. Szybko zorientowałam się, dlaczego: nie było w nim dorosłych. Tylko dzieci. Zamknęłam okno i zeszłam do kuchni, gdzie, pod kuchenką wylegiwał się Seth. Kiedy weszłam do pomieszczenia, energicznie zamachał ogonem i wstał. Spoglądnęłam na niego i zastanowiłam się, czy szarpnął smycz, ratując mnie przed rozjechaniem tylko po to, żeby istniał ktoś, kto da mu jeść. Oparłam się o ścianę. Miałam do wyboru dwie rzeczy: albo jakoś zorganizuję najbliższy czas, albo będę siedziała, czekając na wybawienie i użalając się na swój los. Ponieważ nie jestem fanką użalania się nad sobą, postanowiłam wybrać pierwszą opcję. Pierwszym, za co się zabrałam, to umycie Setha. Dziś rano sama stwierdziłam, że śmierdzi. Stwierdziłam też, że potrzebuje strzyżenia, ale postanowiłam tego nie robić. Zawsze robił to ojciec i nie będę odbierać mu tego przywileju.
Poszło mi dość szybko, bo już po 15 minutach pies stanął na wycieraczce, pachnący miętowym szamponem. Weszłam do kuchni i otworzyłam szafkę z lekami i wyjęłam pudełko witamin. Łyknęłam jedną tabletkę, a potem zabrałam się do jedzenia batonika musli First Nice. Jadłam małymi gryzami, jakbym spodziewała się, że jeszcze jeden kęs i do kuchni wpadnie mój ojciec i krzyknie, że to był tylko tępy żart za strony wszystkich dorosłych. Byłam nawet zdziwiona, rzuciwszy pozostałą ćwiartkę batonika Sethowi, że nic się nie stało. Potem rozpłakałam się, wybuchając pojedynczymi spazmami szlochu. Pies podszedł do mnie, a ja go przytuliłam, wciągając miętowy zapach. Nie, Seth nie uratował mnie po to, żebym mu dawała karmę. Raczej po to, abyśmy przetrwali razem.
-Wszystko się ułoży -powiedziałam.
Te słowa, wypowiedziane przeze mnie samą, sprawiły że rzeczywiście uwierzyłam, że wszystko się ułoży.
Polubiłam to C:
-Hej! -zawołała do mnie, wyjmując z uszu jedną z słuchawek -Co się stało?
W niemej odpowiedzi wskazałam na tir, niezdolna wydobyć z siebie głosu. Nieznajoma spojrzała we wskazanym kierunku.
-Nie o to chodzi. Co z dorosłymi? -zdziwił mnie jej ton. Zabrakło tylko, aby machnęła ręką i powiedziała 'e tam. Normalka. Zaledwie tir wbity w dom z działającym silnikiem'. Zmrużyłam oczy.
-Jak będziesz lepiej poinformowana niż teraz to powiedz-mówiąc to, zniknęła w najbliższej uliczce.
Jakby dopiero teraz zyskując świadomość, wyciągnęłam komórkę. Nie wiedziałam, po co zadzwonić. Pogotowie czy policja? Policja czy pogotowie? W końcu zdecydowałam się na telefon do policji.
Poczta głosowa. Drugi raz to samo. I trzeci. Czwarty także. Aż do trzynastego.
Na ogół rzadko wszystkie linie na policji były zajęte. Co z dorosłymi?.
Uwierzyłabym, gdyby kierowca tira mnie nie zobaczył. Ale nie chciałam przyjąć do wiadomości faktu, że nie zobaczył domu.
Nie chciałam już sprawdzać, co się stało z kierowcą. Jakaś część mnie już wiedziała.
Kierowca po prostu zniknął.
Jak inaczej dało się wytłumaczyć brak jakichkolwiek dorosłych? Przecież w normalnej sytuacji wokoło tira stałaby już chmara gapiów, prawda?
-Seth? Biegniemy do domu -specjalnie użyłam słowa 'biegniemy'. Mimo, że trochę się spodziewałam, co ujrzę, chciałam prędko to sprawdzić. A raczej to, czego nie ujrzę.
Owczarek powęszył chwilę a potem ruszył w stronę domu. Droga nie wydawała mi się znajoma i trochę bałam się, czy pies naprawdę doprowadzi nas do celu. Po drodze mijaliśmy tyle dymiących samochodów powbijanych w domy, aż w końcu przestałam się wahać co do mojego wyboru o opuszczeniu miejsca wypadku. Kiedy zza rogu wynurzył się ponury budynek będący naszym domem było mi głupio, że zwątpiłam w Setha.
Wpadłam do domu, nawet nie dbając o zamknięcie drzwi. Wzięłam kilka głębokich wdechów i zajrzałam do salonu. małymi krokami zbliżyłam się do kanapy, z której kapała nadal gorąca kawa. Rytmiczne dudnienie kropel o podłogę, na której walały się fragmenty porcelanowej filiżanki. Uklękłam i popatrzyłam na psa, który wśliznął mi się pod ramię i wzrokiem żądał swojej porcji Pedigree. Wstałam i wsypałam mu w miskę tyle karmy, że wysypała się poza naczynie. Potem powędrowałam na górę, weszłam do mojego pokoju. oparłam się o ścianę i skuliłam. Nie wiem kiedy, ale udało mi się zasnąć.
Kiedy wstałam, za oknem usłyszałam hałas. Wyjrzałam przez nie i ujrzałam ponury i milczący tłum. Przez moment wydawał mi się bardzo dziwny. Szybko zorientowałam się, dlaczego: nie było w nim dorosłych. Tylko dzieci. Zamknęłam okno i zeszłam do kuchni, gdzie, pod kuchenką wylegiwał się Seth. Kiedy weszłam do pomieszczenia, energicznie zamachał ogonem i wstał. Spoglądnęłam na niego i zastanowiłam się, czy szarpnął smycz, ratując mnie przed rozjechaniem tylko po to, żeby istniał ktoś, kto da mu jeść. Oparłam się o ścianę. Miałam do wyboru dwie rzeczy: albo jakoś zorganizuję najbliższy czas, albo będę siedziała, czekając na wybawienie i użalając się na swój los. Ponieważ nie jestem fanką użalania się nad sobą, postanowiłam wybrać pierwszą opcję. Pierwszym, za co się zabrałam, to umycie Setha. Dziś rano sama stwierdziłam, że śmierdzi. Stwierdziłam też, że potrzebuje strzyżenia, ale postanowiłam tego nie robić. Zawsze robił to ojciec i nie będę odbierać mu tego przywileju.
Poszło mi dość szybko, bo już po 15 minutach pies stanął na wycieraczce, pachnący miętowym szamponem. Weszłam do kuchni i otworzyłam szafkę z lekami i wyjęłam pudełko witamin. Łyknęłam jedną tabletkę, a potem zabrałam się do jedzenia batonika musli First Nice. Jadłam małymi gryzami, jakbym spodziewała się, że jeszcze jeden kęs i do kuchni wpadnie mój ojciec i krzyknie, że to był tylko tępy żart za strony wszystkich dorosłych. Byłam nawet zdziwiona, rzuciwszy pozostałą ćwiartkę batonika Sethowi, że nic się nie stało. Potem rozpłakałam się, wybuchając pojedynczymi spazmami szlochu. Pies podszedł do mnie, a ja go przytuliłam, wciągając miętowy zapach. Nie, Seth nie uratował mnie po to, żebym mu dawała karmę. Raczej po to, abyśmy przetrwali razem.
-Wszystko się ułoży -powiedziałam.
Te słowa, wypowiedziane przeze mnie samą, sprawiły że rzeczywiście uwierzyłam, że wszystko się ułoży.
Polubiłam to C:
niedziela, 16 lutego 2014
Rozdział II cz.1
Witamy ponownie ;-;
Ojciec odwrócił się, sięgając po pilota. Bez wahania skorzystałam z chwili jego nieuwagi i zsunęłam z kanapki ostatni plaster niechcianej szynki na podłogę, po czym zabrałam się do jedzenia chleba. Łypnęłam na dół, ale oczywiście zamiast plasterka szynki już nie było. Był za to owczarek niemiecki z oczami wgapionymi w kanapkę. Zapewne to, co dostał mu nie wystarczało, ale przemknęła mi myśl, że jada lepiej ode mnie.
Wyniosłam talerze do kuchni, po czym wbiegłam po schodach do swojego pokoju. Był prawie tak samo mroczny i ponury, jak reszta domu. Ojciec nie zgodził się, niestety na pomalowanie ścian na kolor inny, niż kremowy i beżowy. Tak więc, zostawiliśmy wszystko w stanie pierwotnym.
Weszłam i chwyciłam laptopa. Przez moment się wahałam, a potem weszłam na stronę szkoły, do której miałam jutro pójść. Przez moment surfowałam po internecie, chłonąc informacje, a potem całkiem się znudziłam. Spojrzałam na zegarek w dolnym rogu ekranu. Dziesiąta czterdzieści pięć. Być może styl naszego życia został nieco zaburzony, ale na pewno nie zapomnę wygonić Setha na dwór o jedenastej. Do tego czasu krzątałam się po domu, nie robiąc nic. Potem, punktualnie o jedenastej wypchałam Setha za drzwi. Potem wróciłam się po niego ze smyczą w ręku. Stwierdziłam, że nie tylko on musi się przewietrzyć.
Skręcaliśmy w całkowicie nieznane mi uliczki.
Przeszłam przez ulicę.
Spojrzałam w lewo.
A tam tir z pełnym rozpędem jechał prosto na mnie.
Seth skoczył i znalazł się po drugiej stronie. Ja także odskoczyłam, choć o wiele wolniej. Wystarczająco jednak, aby maszyna mnie nie rozjechała.
Patrzyłam na samochód, który nawet nie zwolnił. Jechał cały czas dalej.
No, a przynajmniej do momentu, w którym uderzył w dom, wbijając się w ścianę budynku.
Ten rozdział zadedykuję (bo mogę) mojemu skejtowi. Nie muszę wymieniać jej nazwiska, bo ona dobrze wie, że właśnie o niej piszę.
Ojciec odwrócił się, sięgając po pilota. Bez wahania skorzystałam z chwili jego nieuwagi i zsunęłam z kanapki ostatni plaster niechcianej szynki na podłogę, po czym zabrałam się do jedzenia chleba. Łypnęłam na dół, ale oczywiście zamiast plasterka szynki już nie było. Był za to owczarek niemiecki z oczami wgapionymi w kanapkę. Zapewne to, co dostał mu nie wystarczało, ale przemknęła mi myśl, że jada lepiej ode mnie.
Wyniosłam talerze do kuchni, po czym wbiegłam po schodach do swojego pokoju. Był prawie tak samo mroczny i ponury, jak reszta domu. Ojciec nie zgodził się, niestety na pomalowanie ścian na kolor inny, niż kremowy i beżowy. Tak więc, zostawiliśmy wszystko w stanie pierwotnym.
Weszłam i chwyciłam laptopa. Przez moment się wahałam, a potem weszłam na stronę szkoły, do której miałam jutro pójść. Przez moment surfowałam po internecie, chłonąc informacje, a potem całkiem się znudziłam. Spojrzałam na zegarek w dolnym rogu ekranu. Dziesiąta czterdzieści pięć. Być może styl naszego życia został nieco zaburzony, ale na pewno nie zapomnę wygonić Setha na dwór o jedenastej. Do tego czasu krzątałam się po domu, nie robiąc nic. Potem, punktualnie o jedenastej wypchałam Setha za drzwi. Potem wróciłam się po niego ze smyczą w ręku. Stwierdziłam, że nie tylko on musi się przewietrzyć.
Skręcaliśmy w całkowicie nieznane mi uliczki.
Przeszłam przez ulicę.
Spojrzałam w lewo.
A tam tir z pełnym rozpędem jechał prosto na mnie.
Seth skoczył i znalazł się po drugiej stronie. Ja także odskoczyłam, choć o wiele wolniej. Wystarczająco jednak, aby maszyna mnie nie rozjechała.
Patrzyłam na samochód, który nawet nie zwolnił. Jechał cały czas dalej.
No, a przynajmniej do momentu, w którym uderzył w dom, wbijając się w ścianę budynku.
Ten rozdział zadedykuję (bo mogę) mojemu skejtowi. Nie muszę wymieniać jej nazwiska, bo ona dobrze wie, że właśnie o niej piszę.
sobota, 8 lutego 2014
Rozdział I
Zaczynamy. W pierwszym rozdziale głównie wstęp do historii.
-Załatwione -zakomunikował ojciec, wychodząc z budynku szkoły. Na dźwięk jego głosu podniosłam głowę znad iPoda.
-Super- stwierdziłam, uśmiechając się.
Ruszyliśmy w stronę domu. Kilka razy łypnęłam na niego, ale był wpatrzony w przestrzeń i tego nie zauważył. Jak na samotnego ojca wydawał mi się stanowczo za młody. Moja matka zmarła pięć lat temu, wioząc jednego z naszych owczarków niemieckich, Anne, do weterynarza. Ot, zwykłe pogryzienie. Musiała się zatrzymać po drodze, z konieczności napełnienia baku. Wtedy też na stację wpadł tir i, nie wyrabiając na zakręcie, uderzył w jedno ze stanowisk. Mało kto przeżył eksplozję, a już na pewno nie osoba, która tankowała kilka metrów dalej. Tak więc, w wieku dziewięciu lat zostałam bez matki. Dziś mam lat czternaście, a i tak nie rozumiem, jak mogło do tego dojść. Czasem nawet się zastanawiam, czy dałoby się tego uniknąć, gdyby matka zatankowała na stacji oferującej benzynę o grosz droższą?
Z dniem śmierci mojej matki życie w Nowym Jorku stało się koszmarem. Nie tyle, że wiązałam z nim całe swoje dzieciństwo, a dzieciństwo z matką. Tyle, że ludzie jakby nagle zapomnieli, jak z nami rozmawiać. Oprócz krótkiego 'cześć', bądź bardziej powściągliwego 'dzień dobry' nie mówili nic. A i tak to była sytuacja rzadka, na ogół ludzie mijali nas szerokim łukiem. Nikt nie chciał klepać nas po ramieniu, mówiąc 'nie przejmuj się, wszystko się ułoży'. Pięć pełnych lat znosiliśmy to bez słowa skargi. W końcu, z dnia na dzień ojciec oznajmił jednoznacznie, że czas rozpocząć nowe życie, co oznaczało przeprowadzkę. No bo, jak rozpoczynać nowe życie w tym samym środowisku? Zgodziłam się z westchnieniem ulgi. Tyle, że myślałam o jakiejś totalnej metropolii. Tymczasem otrzymałam miasteczko Perdido Beach. Ojciec chciał poszukać tu pracy. Powiedziałam, że jeśli ją znajdzie, to będzie cud. Napotkałam na jego spojrzenie pełne dezaprobaty.
W końcu zza rogu wyłonił się mała piętrówka z średniej wielkości podwórkiem. Jak na mój gust, dom idealny - nie za duży, w przeciwieństwie do naszego starego domu w Nowym Jorku i nie za mały. Gdy byliśmy na wyciągnięcie ręki od ogrodzenia, zza budynku jak strzała pomknął ku nam Seth, pozostały owczarek niemiecki. Był równie pięknego ubarwienia co Anne- czarny grzbiet i pysk, a reszta ciała brunatna. Prawe oko było błękitne, lewe zaś szmaragdowe, co dawało zabawny efekt. Kochałam go. Pozostawał przy mnie po utracie matki. Zawsze czułam jego krzepiącą obecność. Był moim wielkim, kudłatym obrońcą.
-Hej, Seth. Chyba potrzebujesz strzyżenia. -wymamrotałam, zanurzając twarz w jego futrze. Włosie wydało mi się przydługie -i mycia. -dodałam, bo od psa bił lekki fetor. Swoją uwagą rozśmieszyłam ojca.
Minęliśmy próg domu, wchodząc do dużego pokoju, a ja zerknęłam ku wielkiemu zegarowi, jedynej ozdobie salonu. Wskazywał godzinę dziewiątą trzydzieści.
-Idę na spacer. -powiedziałam do ojca, zakładając Sethowi smycz. Nie ma szans, żebym w nowym otoczeniu poruszała się bez niego. Zresztą, ojciec nigdy nie zgodziłby się na spacerek bez psa, który samodzielnie potrafi wrócić do domu.
-Tylko się nie zgub. -przestrzegł ojciec, po czym wyjął z futerału laptop.
W odpowiedzi skinęłam głową i wyszłam na zewnątrz. Spojrzałam na psa, kroczącemu tuż obok mnie.
-To jak? Do kościoła i z powrotem? -zaproponowałam. Pies szczeknął, co uznałam za potwierdzenie.
Miałam wrażenie, że wędrujemy już godzinami, choć, jak ostatnio sprawdzałam, w linii prostej do kościoła z mojego domu jest kilka minut drogi. Seth szedł po mojej lewej, nieco zdenerwowany, zapewne przez mój niepokój.
Po jakimś czasie dotarliśmy do kościoła. Ludzi było stosunkowo mało. Żadne dzieci nie biegały po obszernym placu -zapewne siedziały teraz w szkole. Ja także powinnam, ale ze względu na przeprowadzkę lekcje zaczynam dopiero jutro. Rozglądałam się z ciekawością. Witryny sklepów były lekko poniszczone, budynki wyglądały na dość stare. Na ogół miasto wyglądało przytulnie. Uwagę zwracały bardziej zadbane sklepy. Te, których okna były zbite deskami wtapiały się w otoczenie. Kościół wyraźnie odcinał się od wszystkich innych budynków. Strzeliste kolumny zdawały się ciągnąć w nieskończoność, witraże odbijały światło słoneczne, częściowo mnie oślepiając. Psie szczekanie wyrwało mnie z zamyślenia. Obejrzałam się i zobaczyłam, jak jakiś kundel obszczekuje Setha, gdy ten spokojnie stoi, jakby nie zauważał ujadającego psa. Uśmiechnęłam się pod nosem. Cechy specjalne zrównoważonego owczarka.
Tego dnia nie było jakoś specjalnie chłodno. Nosiłam granatową bluzę z kapturem, mającą zbyt długie rękawy. Kaptur naciągnęłam na głowę, sprawiając wrażenie bardziej łobuziary niż spokojnej, zdystansowanej dziewczyny. Nogawki ciemnych jeansów powpychane były w czerwone trampki. Jedną ręką trzymałam smycz, drugą zaś trzymałam w kieszeni bluzy. Miałam długie, jasne włosy, wyglądające dość sztywno, jakbym wyłożyła na nie tony lakieru. Oczy, przysłonięte częściowo przydługą grzywką, były szmaragdowe i czujne lustrowały okolicę.
Po chwili odwróciłam się, przywołałam wpatrującego się w przestrzeń Setha do rzeczywistości i odeszliśmy ponownie w stronę domu.
Droga powrotna wydała mi się jeszcze dłuższa niż przedtem. A czas, który spędziłam na jej pokonaniu, przeznaczyłam na przemyślenia. Dużo przemyśleń.
To już wszystko. Zapraszam do komentowania i oczekiwania na kolejne rozdziały. Adios!
-Załatwione -zakomunikował ojciec, wychodząc z budynku szkoły. Na dźwięk jego głosu podniosłam głowę znad iPoda.
-Super- stwierdziłam, uśmiechając się.
Ruszyliśmy w stronę domu. Kilka razy łypnęłam na niego, ale był wpatrzony w przestrzeń i tego nie zauważył. Jak na samotnego ojca wydawał mi się stanowczo za młody. Moja matka zmarła pięć lat temu, wioząc jednego z naszych owczarków niemieckich, Anne, do weterynarza. Ot, zwykłe pogryzienie. Musiała się zatrzymać po drodze, z konieczności napełnienia baku. Wtedy też na stację wpadł tir i, nie wyrabiając na zakręcie, uderzył w jedno ze stanowisk. Mało kto przeżył eksplozję, a już na pewno nie osoba, która tankowała kilka metrów dalej. Tak więc, w wieku dziewięciu lat zostałam bez matki. Dziś mam lat czternaście, a i tak nie rozumiem, jak mogło do tego dojść. Czasem nawet się zastanawiam, czy dałoby się tego uniknąć, gdyby matka zatankowała na stacji oferującej benzynę o grosz droższą?
Z dniem śmierci mojej matki życie w Nowym Jorku stało się koszmarem. Nie tyle, że wiązałam z nim całe swoje dzieciństwo, a dzieciństwo z matką. Tyle, że ludzie jakby nagle zapomnieli, jak z nami rozmawiać. Oprócz krótkiego 'cześć', bądź bardziej powściągliwego 'dzień dobry' nie mówili nic. A i tak to była sytuacja rzadka, na ogół ludzie mijali nas szerokim łukiem. Nikt nie chciał klepać nas po ramieniu, mówiąc 'nie przejmuj się, wszystko się ułoży'. Pięć pełnych lat znosiliśmy to bez słowa skargi. W końcu, z dnia na dzień ojciec oznajmił jednoznacznie, że czas rozpocząć nowe życie, co oznaczało przeprowadzkę. No bo, jak rozpoczynać nowe życie w tym samym środowisku? Zgodziłam się z westchnieniem ulgi. Tyle, że myślałam o jakiejś totalnej metropolii. Tymczasem otrzymałam miasteczko Perdido Beach. Ojciec chciał poszukać tu pracy. Powiedziałam, że jeśli ją znajdzie, to będzie cud. Napotkałam na jego spojrzenie pełne dezaprobaty.
W końcu zza rogu wyłonił się mała piętrówka z średniej wielkości podwórkiem. Jak na mój gust, dom idealny - nie za duży, w przeciwieństwie do naszego starego domu w Nowym Jorku i nie za mały. Gdy byliśmy na wyciągnięcie ręki od ogrodzenia, zza budynku jak strzała pomknął ku nam Seth, pozostały owczarek niemiecki. Był równie pięknego ubarwienia co Anne- czarny grzbiet i pysk, a reszta ciała brunatna. Prawe oko było błękitne, lewe zaś szmaragdowe, co dawało zabawny efekt. Kochałam go. Pozostawał przy mnie po utracie matki. Zawsze czułam jego krzepiącą obecność. Był moim wielkim, kudłatym obrońcą.
-Hej, Seth. Chyba potrzebujesz strzyżenia. -wymamrotałam, zanurzając twarz w jego futrze. Włosie wydało mi się przydługie -i mycia. -dodałam, bo od psa bił lekki fetor. Swoją uwagą rozśmieszyłam ojca.
Minęliśmy próg domu, wchodząc do dużego pokoju, a ja zerknęłam ku wielkiemu zegarowi, jedynej ozdobie salonu. Wskazywał godzinę dziewiątą trzydzieści.
-Idę na spacer. -powiedziałam do ojca, zakładając Sethowi smycz. Nie ma szans, żebym w nowym otoczeniu poruszała się bez niego. Zresztą, ojciec nigdy nie zgodziłby się na spacerek bez psa, który samodzielnie potrafi wrócić do domu.
-Tylko się nie zgub. -przestrzegł ojciec, po czym wyjął z futerału laptop.
W odpowiedzi skinęłam głową i wyszłam na zewnątrz. Spojrzałam na psa, kroczącemu tuż obok mnie.
-To jak? Do kościoła i z powrotem? -zaproponowałam. Pies szczeknął, co uznałam za potwierdzenie.
Miałam wrażenie, że wędrujemy już godzinami, choć, jak ostatnio sprawdzałam, w linii prostej do kościoła z mojego domu jest kilka minut drogi. Seth szedł po mojej lewej, nieco zdenerwowany, zapewne przez mój niepokój.
Po jakimś czasie dotarliśmy do kościoła. Ludzi było stosunkowo mało. Żadne dzieci nie biegały po obszernym placu -zapewne siedziały teraz w szkole. Ja także powinnam, ale ze względu na przeprowadzkę lekcje zaczynam dopiero jutro. Rozglądałam się z ciekawością. Witryny sklepów były lekko poniszczone, budynki wyglądały na dość stare. Na ogół miasto wyglądało przytulnie. Uwagę zwracały bardziej zadbane sklepy. Te, których okna były zbite deskami wtapiały się w otoczenie. Kościół wyraźnie odcinał się od wszystkich innych budynków. Strzeliste kolumny zdawały się ciągnąć w nieskończoność, witraże odbijały światło słoneczne, częściowo mnie oślepiając. Psie szczekanie wyrwało mnie z zamyślenia. Obejrzałam się i zobaczyłam, jak jakiś kundel obszczekuje Setha, gdy ten spokojnie stoi, jakby nie zauważał ujadającego psa. Uśmiechnęłam się pod nosem. Cechy specjalne zrównoważonego owczarka.
Tego dnia nie było jakoś specjalnie chłodno. Nosiłam granatową bluzę z kapturem, mającą zbyt długie rękawy. Kaptur naciągnęłam na głowę, sprawiając wrażenie bardziej łobuziary niż spokojnej, zdystansowanej dziewczyny. Nogawki ciemnych jeansów powpychane były w czerwone trampki. Jedną ręką trzymałam smycz, drugą zaś trzymałam w kieszeni bluzy. Miałam długie, jasne włosy, wyglądające dość sztywno, jakbym wyłożyła na nie tony lakieru. Oczy, przysłonięte częściowo przydługą grzywką, były szmaragdowe i czujne lustrowały okolicę.
Po chwili odwróciłam się, przywołałam wpatrującego się w przestrzeń Setha do rzeczywistości i odeszliśmy ponownie w stronę domu.
Droga powrotna wydała mi się jeszcze dłuższa niż przedtem. A czas, który spędziłam na jej pokonaniu, przeznaczyłam na przemyślenia. Dużo przemyśleń.
To już wszystko. Zapraszam do komentowania i oczekiwania na kolejne rozdziały. Adios!
Wstępy.
Heej, jestem Piwniczka i na niniejszym blogu będę pisać Fan Fiction serii 'Gone. Zniknęli' Michaela Granta. Jeśli znasz fabułę książki, to bardzo się cieszę, ale dla tych, którzy nie mieli do czynienia z takową, zapewne łatwo będzie zrozumieć ją na podstawie moich wymysłów. Nie będę żadnym elementem odstawać od głównego założenia 'Gone'. Ponieważ wiem, jak mało osób to przeczyta, kończę już i zapraszam do wyczekiwania na pierwsze rozdziały.
Podoba wam się kociak w nagłówku? c:
~Kot Piwniczy.
Podoba wam się kociak w nagłówku? c:
~Kot Piwniczy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)