Wpatrywałam się w tir, którego silnik ciągle pracował. Oczekiwałam okrzyków bólu, ale odezwała się tylko cisza. Nie wiem, ile czasu tak stałam. Nie mogłam otrząsnąć się z myśli, że wystarczyła sekunda opóźnienia, a byłoby po mnie. Odwróciłam się i ujrzałam spacerującą dziewczynę. Miała słuchawki w uszach i niosła iPoda.
-Hej! -zawołała do mnie, wyjmując z uszu jedną z słuchawek -Co się stało?
W niemej odpowiedzi wskazałam na tir, niezdolna wydobyć z siebie głosu. Nieznajoma spojrzała we wskazanym kierunku.
-Nie o to chodzi. Co z dorosłymi? -zdziwił mnie jej ton. Zabrakło tylko, aby machnęła ręką i powiedziała 'e tam. Normalka. Zaledwie tir wbity w dom z działającym silnikiem'. Zmrużyłam oczy.
-Jak będziesz lepiej poinformowana niż teraz to powiedz-mówiąc to, zniknęła w najbliższej uliczce.
Jakby dopiero teraz zyskując świadomość, wyciągnęłam komórkę. Nie wiedziałam, po co zadzwonić. Pogotowie czy policja? Policja czy pogotowie? W końcu zdecydowałam się na telefon do policji.
Poczta głosowa. Drugi raz to samo. I trzeci. Czwarty także. Aż do trzynastego.
Na ogół rzadko wszystkie linie na policji były zajęte. Co z dorosłymi?.
Uwierzyłabym, gdyby kierowca tira mnie nie zobaczył. Ale nie chciałam przyjąć do wiadomości faktu, że nie zobaczył domu.
Nie chciałam już sprawdzać, co się stało z kierowcą. Jakaś część mnie już wiedziała.
Kierowca po prostu zniknął.
Jak inaczej dało się wytłumaczyć brak jakichkolwiek dorosłych? Przecież w normalnej sytuacji wokoło tira stałaby już chmara gapiów, prawda?
-Seth? Biegniemy do domu -specjalnie użyłam słowa 'biegniemy'. Mimo, że trochę się spodziewałam, co ujrzę, chciałam prędko to sprawdzić. A raczej to, czego nie ujrzę.
Owczarek powęszył chwilę a potem ruszył w stronę domu. Droga nie wydawała mi się znajoma i trochę bałam się, czy pies naprawdę doprowadzi nas do celu. Po drodze mijaliśmy tyle dymiących samochodów powbijanych w domy, aż w końcu przestałam się wahać co do mojego wyboru o opuszczeniu miejsca wypadku. Kiedy zza rogu wynurzył się ponury budynek będący naszym domem było mi głupio, że zwątpiłam w Setha.
Wpadłam do domu, nawet nie dbając o zamknięcie drzwi. Wzięłam kilka głębokich wdechów i zajrzałam do salonu. małymi krokami zbliżyłam się do kanapy, z której kapała nadal gorąca kawa. Rytmiczne dudnienie kropel o podłogę, na której walały się fragmenty porcelanowej filiżanki. Uklękłam i popatrzyłam na psa, który wśliznął mi się pod ramię i wzrokiem żądał swojej porcji Pedigree. Wstałam i wsypałam mu w miskę tyle karmy, że wysypała się poza naczynie. Potem powędrowałam na górę, weszłam do mojego pokoju. oparłam się o ścianę i skuliłam. Nie wiem kiedy, ale udało mi się zasnąć.
Kiedy wstałam, za oknem usłyszałam hałas. Wyjrzałam przez nie i ujrzałam ponury i milczący tłum. Przez moment wydawał mi się bardzo dziwny. Szybko zorientowałam się, dlaczego: nie było w nim dorosłych. Tylko dzieci. Zamknęłam okno i zeszłam do kuchni, gdzie, pod kuchenką wylegiwał się Seth. Kiedy weszłam do pomieszczenia, energicznie zamachał ogonem i wstał. Spoglądnęłam na niego i zastanowiłam się, czy szarpnął smycz, ratując mnie przed rozjechaniem tylko po to, żeby istniał ktoś, kto da mu jeść. Oparłam się o ścianę. Miałam do wyboru dwie rzeczy: albo jakoś zorganizuję najbliższy czas, albo będę siedziała, czekając na wybawienie i użalając się na swój los. Ponieważ nie jestem fanką użalania się nad sobą, postanowiłam wybrać pierwszą opcję. Pierwszym, za co się zabrałam, to umycie Setha. Dziś rano sama stwierdziłam, że śmierdzi. Stwierdziłam też, że potrzebuje strzyżenia, ale postanowiłam tego nie robić. Zawsze robił to ojciec i nie będę odbierać mu tego przywileju.
Poszło mi dość szybko, bo już po 15 minutach pies stanął na wycieraczce, pachnący miętowym szamponem. Weszłam do kuchni i otworzyłam szafkę z lekami i wyjęłam pudełko witamin. Łyknęłam jedną tabletkę, a potem zabrałam się do jedzenia batonika musli First Nice. Jadłam małymi gryzami, jakbym spodziewała się, że jeszcze jeden kęs i do kuchni wpadnie mój ojciec i krzyknie, że to był tylko tępy żart za strony wszystkich dorosłych. Byłam nawet zdziwiona, rzuciwszy pozostałą ćwiartkę batonika Sethowi, że nic się nie stało. Potem rozpłakałam się, wybuchając pojedynczymi spazmami szlochu. Pies podszedł do mnie, a ja go przytuliłam, wciągając miętowy zapach. Nie, Seth nie uratował mnie po to, żebym mu dawała karmę. Raczej po to, abyśmy przetrwali razem.
-Wszystko się ułoży -powiedziałam.
Te słowa, wypowiedziane przeze mnie samą, sprawiły że rzeczywiście uwierzyłam, że wszystko się ułoży.
Polubiłam to C:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz