Zaczynamy. W pierwszym rozdziale głównie wstęp do historii.
-Załatwione -zakomunikował ojciec, wychodząc z budynku szkoły. Na dźwięk jego głosu podniosłam głowę znad iPoda.
-Super- stwierdziłam, uśmiechając się.
Ruszyliśmy w stronę domu. Kilka razy łypnęłam na niego, ale był wpatrzony w przestrzeń i tego nie zauważył. Jak na samotnego ojca wydawał mi się stanowczo za młody. Moja matka zmarła pięć lat temu, wioząc jednego z naszych owczarków niemieckich, Anne, do weterynarza. Ot, zwykłe pogryzienie. Musiała się zatrzymać po drodze, z konieczności napełnienia baku. Wtedy też na stację wpadł tir i, nie wyrabiając na zakręcie, uderzył w jedno ze stanowisk. Mało kto przeżył eksplozję, a już na pewno nie osoba, która tankowała kilka metrów dalej. Tak więc, w wieku dziewięciu lat zostałam bez matki. Dziś mam lat czternaście, a i tak nie rozumiem, jak mogło do tego dojść. Czasem nawet się zastanawiam, czy dałoby się tego uniknąć, gdyby matka zatankowała na stacji oferującej benzynę o grosz droższą?
Z dniem śmierci mojej matki życie w Nowym Jorku stało się koszmarem. Nie tyle, że wiązałam z nim całe swoje dzieciństwo, a dzieciństwo z matką. Tyle, że ludzie jakby nagle zapomnieli, jak z nami rozmawiać. Oprócz krótkiego 'cześć', bądź bardziej powściągliwego 'dzień dobry' nie mówili nic. A i tak to była sytuacja rzadka, na ogół ludzie mijali nas szerokim łukiem. Nikt nie chciał klepać nas po ramieniu, mówiąc 'nie przejmuj się, wszystko się ułoży'. Pięć pełnych lat znosiliśmy to bez słowa skargi. W końcu, z dnia na dzień ojciec oznajmił jednoznacznie, że czas rozpocząć nowe życie, co oznaczało przeprowadzkę. No bo, jak rozpoczynać nowe życie w tym samym środowisku? Zgodziłam się z westchnieniem ulgi. Tyle, że myślałam o jakiejś totalnej metropolii. Tymczasem otrzymałam miasteczko Perdido Beach. Ojciec chciał poszukać tu pracy. Powiedziałam, że jeśli ją znajdzie, to będzie cud. Napotkałam na jego spojrzenie pełne dezaprobaty.
W końcu zza rogu wyłonił się mała piętrówka z średniej wielkości podwórkiem. Jak na mój gust, dom idealny - nie za duży, w przeciwieństwie do naszego starego domu w Nowym Jorku i nie za mały. Gdy byliśmy na wyciągnięcie ręki od ogrodzenia, zza budynku jak strzała pomknął ku nam Seth, pozostały owczarek niemiecki. Był równie pięknego ubarwienia co Anne- czarny grzbiet i pysk, a reszta ciała brunatna. Prawe oko było błękitne, lewe zaś szmaragdowe, co dawało zabawny efekt. Kochałam go. Pozostawał przy mnie po utracie matki. Zawsze czułam jego krzepiącą obecność. Był moim wielkim, kudłatym obrońcą.
-Hej, Seth. Chyba potrzebujesz strzyżenia. -wymamrotałam, zanurzając twarz w jego futrze. Włosie wydało mi się przydługie -i mycia. -dodałam, bo od psa bił lekki fetor. Swoją uwagą rozśmieszyłam ojca.
Minęliśmy próg domu, wchodząc do dużego pokoju, a ja zerknęłam ku wielkiemu zegarowi, jedynej ozdobie salonu. Wskazywał godzinę dziewiątą trzydzieści.
-Idę na spacer. -powiedziałam do ojca, zakładając Sethowi smycz. Nie ma szans, żebym w nowym otoczeniu poruszała się bez niego. Zresztą, ojciec nigdy nie zgodziłby się na spacerek bez psa, który samodzielnie potrafi wrócić do domu.
-Tylko się nie zgub. -przestrzegł ojciec, po czym wyjął z futerału laptop.
W odpowiedzi skinęłam głową i wyszłam na zewnątrz. Spojrzałam na psa, kroczącemu tuż obok mnie.
-To jak? Do kościoła i z powrotem? -zaproponowałam. Pies szczeknął, co uznałam za potwierdzenie.
Miałam wrażenie, że wędrujemy już godzinami, choć, jak ostatnio sprawdzałam, w linii prostej do kościoła z mojego domu jest kilka minut drogi. Seth szedł po mojej lewej, nieco zdenerwowany, zapewne przez mój niepokój.
Po jakimś czasie dotarliśmy do kościoła. Ludzi było stosunkowo mało. Żadne dzieci nie biegały po obszernym placu -zapewne siedziały teraz w szkole. Ja także powinnam, ale ze względu na przeprowadzkę lekcje zaczynam dopiero jutro. Rozglądałam się z ciekawością. Witryny sklepów były lekko poniszczone, budynki wyglądały na dość stare. Na ogół miasto wyglądało przytulnie. Uwagę zwracały bardziej zadbane sklepy. Te, których okna były zbite deskami wtapiały się w otoczenie. Kościół wyraźnie odcinał się od wszystkich innych budynków. Strzeliste kolumny zdawały się ciągnąć w nieskończoność, witraże odbijały światło słoneczne, częściowo mnie oślepiając. Psie szczekanie wyrwało mnie z zamyślenia. Obejrzałam się i zobaczyłam, jak jakiś kundel obszczekuje Setha, gdy ten spokojnie stoi, jakby nie zauważał ujadającego psa. Uśmiechnęłam się pod nosem. Cechy specjalne zrównoważonego owczarka.
Tego dnia nie było jakoś specjalnie chłodno. Nosiłam granatową bluzę z kapturem, mającą zbyt długie rękawy. Kaptur naciągnęłam na głowę, sprawiając wrażenie bardziej łobuziary niż spokojnej, zdystansowanej dziewczyny. Nogawki ciemnych jeansów powpychane były w czerwone trampki. Jedną ręką trzymałam smycz, drugą zaś trzymałam w kieszeni bluzy. Miałam długie, jasne włosy, wyglądające dość sztywno, jakbym wyłożyła na nie tony lakieru. Oczy, przysłonięte częściowo przydługą grzywką, były szmaragdowe i czujne lustrowały okolicę.
Po chwili odwróciłam się, przywołałam wpatrującego się w przestrzeń Setha do rzeczywistości i odeszliśmy ponownie w stronę domu.
Droga powrotna wydała mi się jeszcze dłuższa niż przedtem. A czas, który spędziłam na jej pokonaniu, przeznaczyłam na przemyślenia. Dużo przemyśleń.
To już wszystko. Zapraszam do komentowania i oczekiwania na kolejne rozdziały. Adios!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz