Podniosłam wzrok znad psiej sierści i spojrzałam na zachód słońca ponad dachami budynków. Teraz nawet on mnie przygnębiał. Wszystko mnie przygnębiało. Nawet dzieci, z których jedne się nawzajem pocieszały, drugie chlipały po kątach, a trzecie postanowiły korzystać z uroków życia bez dorosłych. Biegały, śmiały się, rzucały w siebie rolki papieru. Niektóre dzieciaki powybijały szyby w oknach mieszkań i sklepów. Nawet teraz, wodząc wzrokiem po ulicy widziałam, jak niektóre z nich wynoszą ze sklepu naręcza słodyczy. Po prostu robiły, co chciały. Nie było już dorosłego, który im tego zabroni. Robią co chcą, biorą co chcą. Zastanawiało mnie, ile jeszcze czasu minie, zanim ja także będę biegać do sklepu, biorąc, co mi się podoba.
Popatrzyłam na sklep z narzędziami. A przynajmniej nim był, zanim pozostały z niego tylko dymiące zgliszcza. Kiedy tu przyszłam był już spalony, a na chodniku leżała dziewczynka. Ktoś okrył ją kocem, ale na tym skończyło się zainteresowanie jej osobą. Miałam wątpliwości, czy jeszcze żyje. Jeśli nie, to chyba nikt nie postara się o grób dla niej. Z płonącego budynku wyciągnął ją niejaki Sam Temple. Nie znałam go. To nie dziwne, zważając na to, że jestem tu od wczoraj. Usłyszałam, jak dzieciaki nazywają go 'Samem Autobusem'. Nie zorientowałam się do tej pory, w czym rzecz. Chodził do okolicznej szkoły. Nie do niej zapisał mnie ojciec. Ja miałam chodzić do Coates Academy. Była to modna szkoła, ale nie podobało mi się, że to właśnie do niej pójdę. Może dlatego, że chodziły do niej dzieci z bogatych rodzin, sprawiające problemy, bądź których rodzice chcieli się pozbyć. Miałam żal do ojca, że posyła mnie do takiej szkoły. Machnął tylko ręką i powiedział, że to przecież szkoła jak każda inna. Byłam prawie pewna, że jego reakcja byłaby inna, gdyby była przy nim matka. Może i jak każda inna, tyle, że z internatem. Do tego z resztą też przywykłam.W wieku dziesięciu lat poszłam już do szkoły z internatem i choć mi się tam niezbyt podobało, ojciec był zadowolony taką zmianą. Można by powiedzieć, że nigdy nie byłam w stanie tego ogarnąć.
-Hej? -pytający głos przywołał mnie do rzeczywistości. Należał do dziewczyny, z którą się spotkałam zaraz po tym, jak ledwie uniknęłam śmierci -Jak się nazywasz?
-Alex Jefferson -odpowiedziałam.
-Mam na imię Hannah. Hannah Gacy -powiedziała, po czym oparła się o ścianę budynku, na którym oparte były także moje plecy. -I jak, dowiedziałaś się czegoś od naszego ostatniego spotkania?
Z zaskoczeniem obróciłam głowę.
-Oprócz tego, że zapanowało totalne szaleństwo? Chyba nawet nie chcę. -odpowiedziałam, zamykając na moment oczy. Przed oczyma stanął mi tamten świat z dorosłymi. Tamten świat. Czy od tej pory w mojej głowie anomalia Perdido Beach tak właśnie będzie się nazywać? Tamten świat.
-Pewnie masz rację. -powiedziała Hannah po czym razem ze mną wgapiła się w zachód słońca. Na jakiś czas zapadło milczenie. Wreszcie po niecałych piętnastu minutach zerwałam się z miejsca i przywołałam do siebie Setha.
-Dokąd idziesz? -spytała Hannah.
-Do domu. -westchnęłam, już idąc w stronę mojego miejsca zamieszkania.
-Jeżeli istnieje jeszcze jakieś miejsce na ziemi, które mogłabyś nazwać swoim domem. -rzuciła Hannah. Przez moment stałam, trawiąc jej słowa. Mój dom. Mój dom, w którym nie było ojca.
Spojrzałam na ławkę, na której wcześniej siedział Sam Temple, jakby tam szukając pomocy. Chłopak właśnie oddalał się z jakimś innym chłopcem w różowym sweterku oraz z dziewczyną. Astrid. Genialna Astrid -tak ją nazywały dzieciaki. Astrid prowadziła za rękę chłopca. Wyglądał na plus minus cztery lata i nawet nie zwracał uwagi na siostrę. Był zajęty grą, którą trzymał w ręce. W tej scenie było coś dziwnego. Zupełnie, jakby chłopiec nie widział świata poza grą.
To nie moja sprawa, stwierdziłam w duchu i ruszyłam w stronę domu. No dobra, budynku, który moim domem niegdyś był.
Sporą część drogi do domu pokonałam sama, ale i tak od czasu do czasu Seth pomagał mi wybrać odpowiednią uliczkę. Przez głowę przemknęła mi myśl, że zgubiłabym się bez niego nawet w takim małym mieście.
Otworzyłam drzwi i weszłam do domu. Spuściłam Setha z smyczy, który podreptał w stronę kuchni, gdzie pod kuchenką ułożył się do snu. Pogłaskałam go po karku.
-Męczący dzień, co? -wymruczałam. Pod moim dotykiem pies zamknął oczy i błyskawicznie zasnął.
Zwinnie skoczyłam na górę, do swojego pokoju. Rozejrzałam się. Naprzeciw drzwi było okno. Bo jego prawej stronie w poprzek ściany stało łóżko, a po lewej zagracone biurko. Koło mnie stała szafa z ubraniami. Skoczyłam do niej i skompletowałam sobie nowy strój. Ten, który miałam na sobie był przesiąknięty smrodem spalenizny, powszechnym na placu ze względu na niedawny pożar. Ponownie zeszłam na dół i weszłam do łazienki. Rozebrałam się i zwinęłam ubrania w kulkę, którą wrzuciłam bezpośrednio do pralki.
Weszłam do kabiny i nastawiłam prysznic. Przez dziesięć minut pozwalałam, aby gorąca woda chłostała mi plecy. Potem wyszczotkowałam się i umyłam włosy. Spłukałam pianę i wyszłam z kabiny, ociekając wodą. Założyłam miękki szlafrok i przeszłam do salonu, nie zwracając uwagi na skapujące z moich włosów krople wody.
Sięgnęłam po pilota i włączyłam telewizor, ale na ekranie wyświetliły się zakłócenia. Przez moment skakałam po kanałach, a potem sprawdziłam programy, które były dostępne bez kabla. Nie działały, czyli można było powiedzieć, że telewizję diabli wzięli. Pięknie.
Weszłam po schodach na piętro skacząc po 3 stopnie i wpadłam do swojego pokoju. Chwyciłam laptopa i najechałam kursorem na ikonkę Mozilli Firefox.
Brak połączenia. Po odświeżeniu to samo.
A więc internetu też nie ma.
Zeszłam ze schodów -tym razem powoli- i weszłam do łazienki. Wskoczyłam w ciuchy, które wcześniej przygotowałam, czyli dżinsy, jakiś pomięty T-shirt, który wydał mi się czysty i czarna, zapinana bluza.
Zapinając suwak bluzy, usłyszałam pukanie do drzwi. Kiedy wyszłam z łazienki, Seth już stał przy drzwiach frontowych, poszczekując.
-No już, spokój, piesku -powiedziałam do owczarka, który od razu umilkł.
Otworzyłam drzwi.
Na progu stała Hannah.
-Hej. -powiedziała, siląc się na nonszalancję.
-Skąd wiesz, gdzie mieszkam? -spytałam, opierając się o framugę drzwi.
-Nie będziesz zła, jeśli powiem, że cię śledziłam? -uśmiechnęła się przepraszająco. Wydawało się, że było jej głupio.
-Do domu weszłam jakieś pół godziny temu -zauważyłam- co robiłaś w tym czasie?
-Yyy... -wyraźnie nie wiedziała, jak ugryźć to pytanie- pakowałam się ...- znów przepraszający uśmiech. Dopiero teraz ujrzałam walizkę, którą wyraźnie chowała za sobą.
Wyprostowałam się i jakieś trzy minuty zastanawiałam się, czy ta dziewczyna nie zwariowała.
Tak, tym razem trochę dłuższy rozdział. Teraz mniej-więcej tak będzie to wyglądało. Staram się pisać trochę dłużej. Aha, i mam nadzieję że nie zanudzam was. Jeśli jednak, zapewniam, że potem nadrobię wszystko nieco większą ilością dynamiki.
Czy ktoś to czyta?
Pozdrawiam.
Sam Autobus?
OdpowiedzUsuńDokładnie. :C
Usuń